o ptakach, budzikach i krzykach niemałych
Przymierzałam się do tego i przymierzałam, i w końcu jestem. Choć nie ukrywam, że klawisze na klawiaturze parzą w palce, szczególnie, gdy używam ich do opisywania moich uczuć. A same palce jakby przestawały funkcjonować prawidłowo.
L i t e r k a p o l i t e r c e. Wszystko będzie w porządku. Przebrnę przez ten ciężar. Dam im wyjść na wolność, Wypuszczę je jak gołębie z klatek w deszczowy, mglisty dzień.
A niech sobie idą! Lecą, fruną! A co? Mam ich aż tyle, że mogłabym robić za ogólnomiasteczkowy budzik, bo chce mi się krzyczeć, wyć, zawodzić i buczeć. I nie wiadomo, gdzie te wszystkie ptaki, i onomatopeje ukryć przed Ludzkością. Bo na co komu budzik dzwoniący przez całą dobę? Gdzie taki zwykły szaraczek jak ja ma je zutylizować - co by krzywdy nie zrobiły - lecz przeżyte zdrowo zostały?
I o matko, żeby ten budzik chociaż tylko 2 razy dziennie dzwonił!
No własnie. Jest to zadanie potwornie złożone, nie powiem, że nie. Natomiast!
Ja sobie poptakuję i poonomatopejuję jeszcze odrobinę w chaosie. Do momentu, aż przyjdzie mi nowy pomysł, jak to nieszczęsne ptactwo poskromić.
Póki co Czytelniku - trzymaj się ciepło, nie bój się onomatopejować,
A tym bardziej nie bój się ptactwa!
Gaja.