Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2022

o lęku mniejszym o jeden krok

      Czasem mam wrażenie, jakbym była człowiekiem przewlekle samotnym. Zaplątanym w jakieś niewidzialne sieci komfortowych przyzwyczajeń, które w cichy, toksyczny sposób zamknęły mnie w więzieniu własnego umysłu. Rozkojarzonym i oderwanym od błogiego strumienia mojego wyższego dobra. Bezpieczeństwo odnajdywałam zawsze w niebezpieczeństwie nieswojej ścieżki. Jakbym była tylko tymczasowym pasażerem cudzych żywotów, raz za razem. Odnalezienie swojego własnego było zbyt przerażające. Zbyt nowe. Bezpieczeństwo tylko i wyłącznie mojej ostoi było zbyt nieznane.      Im bardziej jestem pustką i frustracją, tym mocniej tylko nimi się otaczam. Sama godzę się na niską jakość życia, bo boję się sięgnąć po wyższą. Krzywda i brak spełnienia - to są rzeczy, których doświadczam rok po roku, - od kiedy tylko pamiętam. Natomiast nie wiedziałam, jak bardzo boisz się bogactwa, gdy bieda to jedyne, co jest Ci znajome. Jak pochłaniająco lękasz się świata zewnętrznego -  gd...

o tym jak śpieszno nam, by być innymi

      Tak jak powiada tytuł... Jest to skomplikowana kwestia mnie, mojej osobowości lub po prostu gatunku ludzkiego. Że zawsze chcemy wszystko mieć już, teraz, natychmiast. Nie chcemy czekać, nie chcemy być cierpliwi, nie chcemy cieszyć się chwilą obecną. Teraźniejszość traktujemy po macoszemu, bo przecież jest ona tylko etapem przejściowym, który prowadzi nas do naszej wymarzonej przyszłości. Do wymarzonej pracy, upragnionych wakacji, do idealnego partnera, do sylwetki życia... A co z naszą miłością do tego, co jest teraz? Dlaczego to, jakimi jesteśmy aktualnie, jest tak bardzo niewystarczające? Dlaczego nie warto jest w naszych oczach czerpać z tego radości?      Myślę, że w pewien sposób zatraciłam się w ciągłej chęci na więcej. Wciąż tylko więcej i więcej. Wszystkiego musi być więcej, wszystko musi być lepsze, zawsze znajdzie się coś do udoskonalenia. Z dobrych intencji owszem, ale wyleciałam tak mocno na przód, że zostawiłam siebie samą w tyle już dawn...

o szkodach poniesionych przez twarde ściany mojego serca - fragment 2

      Historia tego pechowego ptaszka mogłaby się ciągnąć z mych ust i myśli godzinami, tak jak ciągnęła się w moim życiu długimi, uporczywymi latami. Jest to baśń smutna, ale i radosna, piękna, ale z nieszczęśliwym zakończeniem, obfita w miłość, ale jeszcze więcej w niej jest bólu. Bo bądźmy szczerzy - jakiego zakończenia można było się spodziewać po siedemnastoletnich, niewinnych, głupich piskętach? Poczuły skrawek najprawdziwszej miłości i zwariowały. Nie miały pojęcia, gdzie dać tej miłości ujście, co z nią porządnego zrobić. Czuły ją tak bezcelowo i bez pomyślunku, aż w końcu przerosła je. Ich własna miłość z dobrymi intencjami zamieniła naiwne dzieci w ich najgorsze wersje. Bezmyślne, egoistyczne, niedojrzałe, pochłonięte ciemnością i roszczeniami, żalem, niedostatkiem, ciągłą potrzebą czegoś więcej.      Ale pomimo wszystko... Jeśli kiedykolwiek miałabym uwierzyć w istnienie Boga, on byłyby tego powodem. Z jego oczu spisałabym potulnie wszystkie przy...