o tym jak śpieszno nam, by być innymi

     Tak jak powiada tytuł... Jest to skomplikowana kwestia mnie, mojej osobowości lub po prostu gatunku ludzkiego. Że zawsze chcemy wszystko mieć już, teraz, natychmiast. Nie chcemy czekać, nie chcemy być cierpliwi, nie chcemy cieszyć się chwilą obecną. Teraźniejszość traktujemy po macoszemu, bo przecież jest ona tylko etapem przejściowym, który prowadzi nas do naszej wymarzonej przyszłości. Do wymarzonej pracy, upragnionych wakacji, do idealnego partnera, do sylwetki życia... A co z naszą miłością do tego, co jest teraz? Dlaczego to, jakimi jesteśmy aktualnie, jest tak bardzo niewystarczające? Dlaczego nie warto jest w naszych oczach czerpać z tego radości? 

    Myślę, że w pewien sposób zatraciłam się w ciągłej chęci na więcej. Wciąż tylko więcej i więcej. Wszystkiego musi być więcej, wszystko musi być lepsze, zawsze znajdzie się coś do udoskonalenia. Z dobrych intencji owszem, ale wyleciałam tak mocno na przód, że zostawiłam siebie samą w tyle już dawno temu. I jest mi tu dosyć samotnie. W krainie wiecznie niespełnionych oczekiwań i to nie nałożonych przez innych, tylko przeze mnie samą. Nawet nie mam kogo za to obwinić, nie mam na kogo nakrzyczeć, żeby choć trochę sobie ulżyć, bo jestem tylko ja. Tylko ja przeciw sobie. Jakbym finalnie, pod koniec dnia tylko ja była swoim największym wrogiem, swoim najtwardszym konkurentem. Nie świat, nie system, nie patriarchat, nie politycy, nie rodzina, nie moi byli, nie moi dawni znajomi. Ja.

Ja i tylko ja. 

    Ja i tylko ja podcinam sobie skrzydła najdokładniej jak potrafię. Ja i tylko ja utrudniam sobie moją ścieżkę życiową, jakby to była moja jakaś odgórnie narzucona misja. Ja i tylko ja jestem ze sobą zawsze i na zawsze, pomimo wszystko, i na przekór wszystkiemu. Tylko i wyłącznie ja jestem swoim powiernikiem, swoim sprzymierzeńcem, osobą, która przemyje, i opatrzy mi moje wojenne rany, która ucałuje i w chorobie zrobi mi ciepłą herbatę, a następnie przyniesie mi ją do łóżka. Ale ja też jestem tą, która w trakcie tego wszystkiego będzie patrzeć się na mnie krzywym, osądzającym spojrzeniem. Która będzie narzekać na mnie najbardziej, która tak bardzo będzie chciała doprowadzić mnie do zdrowia, że nie da mi nawet w spokoju być chorą, bo przecież to za długo trwa. Ale dlaczego?

    Dlaczego w momencie, gdy wyraźnie wkroczyłam na swoją drogę, która w końcu jest zgodna z każdym elementem mojego jestestwa, jestem tak niecierpliwa, żeby być w innym miejscu? Dlaczego tak nieustępliwie i tak niemiłosiernie chłodno wyganiam samą siebie z miejsca, w którym chciałam być? Dlaczego moje ambicje ślepo osadzone w ego znaczą dla mnie więcej niż ja sama? Przeszłam przez piekło, żeby być tu, gdzie jestem. Nie jest idealnie, owszem, ale mam najświętsze prawo by być tu, ile tylko potrzebuję. Mam czas, żeby pomyśleć nad następnym krokiem, mam czas, żeby ułożyć plan. A co najlepsze - mam czas, mam wiedzę, mam siłę i mam możliwości. Ale muszę tylko odrobinę jeszcze się zregenerować. Ociupinkę zwolnić i zrozumieć, że moja droga to nie wyścig, bo jestem na niej sama. Mój jedyny przeciwnik to ja, i ja sama sobie nadaję niezdrowo szybkie tempo za którym nie mam możliwości nadążyć. I o to mam do siebie największe pretensje... To tak jakbym w końcu wyruszyła w podróż życia dookoła świata, ale była niezadowolona, że muszę siedzieć za długo w pociągu.

    I może właśnie na złość naszemu ego wszyscy natrafiamy na ten nieszczęsny hiatus w postępie, by nauczyć się, że nasza największa siła jest nie w naszych marzeniach i nie w naszych wielkich planach, a w tym jak wiele radości potrafimy wyciągnąć z tej ciężkiej drogi na szczyt. 



Gaja.

Popularne posty z tego bloga

rationalised

xxx

włamywacz