o szkodach poniesionych przez twarde ściany mojego serca - fragment 2
Historia tego pechowego ptaszka mogłaby się ciągnąć z mych ust i myśli godzinami, tak jak ciągnęła się w moim życiu długimi, uporczywymi latami. Jest to baśń smutna, ale i radosna, piękna, ale z nieszczęśliwym zakończeniem, obfita w miłość, ale jeszcze więcej w niej jest bólu. Bo bądźmy szczerzy - jakiego zakończenia można było się spodziewać po siedemnastoletnich, niewinnych, głupich piskętach? Poczuły skrawek najprawdziwszej miłości i zwariowały. Nie miały pojęcia, gdzie dać tej miłości ujście, co z nią porządnego zrobić. Czuły ją tak bezcelowo i bez pomyślunku, aż w końcu przerosła je. Ich własna miłość z dobrymi intencjami zamieniła naiwne dzieci w ich najgorsze wersje. Bezmyślne, egoistyczne, niedojrzałe, pochłonięte ciemnością i roszczeniami, żalem, niedostatkiem, ciągłą potrzebą czegoś więcej.
Ale pomimo wszystko... Jeśli kiedykolwiek miałabym uwierzyć w istnienie Boga, on byłyby tego powodem. Z jego oczu spisałabym potulnie wszystkie przykazania, a z jego ust stworzyłabym swoją własną eucharystię. Bo jaki sposób logicznie i realistycznie można wyjaśnić isnienie takiego uczucia, podczas gdy ono zaprzecza każdej zasadzie i regule, jaka istnieje na tym brutalistycznym, zapchlonym świecie.
Jeśli miałabym znaleźć dowód na istnienie niebios, wskazałabym palcem w jego stronę. Bo wzniósł mnie tak wysoko między gwiazdy, że mój marny, ludzki szkielet zamarzł na kamień przez bezlitosną, kosmiczną próżnię. Doszczętnie i niezaprzeczalnie - aż zamieniłam się w lichy odpad. Ciężar mój składał się tylko z zimna i szronu zamiast szpiku. Jestestwo me zamienił w kryształ lodu, a mnie jedynie wtedy pozostało runąć obrzydliwie nisko, zaraz po tym, gdy błądziłam nieskończenie wysoko.
Gdybym miała ludzkości pokazać piekło, pokazałabym jej życie bez niego, a gdybym miała udowodnić istnienie demonów, rozerwałabym gołymi rękoma moje serce na strzępy, bo tylko tyle we mnie wtedy zostało.
Gdyby ktoś zapytałby się mnie o ideologiczny sens bólu, powiedziałabym, że dla niektórych ptaków po prostu warto przecierpieć wszystko. Tylko, gdy serce nam pęka na drobny, krwawy mak, mamy pewność, że miłość, którą czuliśmy, była prawdziwa.
A gdybym miała wysnuć dla kogoś wskazówkę jak wybrnąć z labiryntu tego emocjonalnego terroru, powiedziałabym tylko: "Nie ma stąd wyjścia, podróżniku. Jedyne, co możesz zrobić, to pogodzić się z tym, że spędzisz tu resztę swojej wieczności".
Dlatego godząc się z moją wiecznością, która już nie jest jego, daję mu dziś odejść. Ale - dla odmiany - nie zamykam okna. W końcu zawsze ten błędny lotnik znajdzie u mnie ciepłe miejsce, schronienie i spokój. Ale już nie mam ochoty wypatrywać go w oknie i czekać. Nie mam ochoty wystawiać mojej duszy na dłoni jak najdalej za okno - tylko po to, by ją zobaczył.
Gaja.