urodzinowe, gołębiowe wychodne

    Odpuszczenie, uleczenie, przebaczenie, zapomnienie. Założę się, że każdy z nas ma swoją własną ideę na to, jak te cholerne rzeczowniki ożywić i wprowadzić w życie. No właśnie... Ideę. 

    Gdy siadam na osiemnastoletnich, porysowanych panelach w moim pokoju i próbuję sobie wyobrazić, jak miałabym tego nieszczęsnego przebaczenia dokonać... No zabijcie mnie! Nic mi do głowy nie przychodzi. Nie mam między tymi uroczymi głupiutkimi półkulami żadnego gotowego rozwiązania. Finalnie budzę się w wieku dwudziestu pięciu lat z przerażająco wielkim mętlikiem w głowie. Bo oj... Mam dużo do wybaczenia, odpuszczenia, uleczenia i zapomnienia. Czasem odnoszę przeklęte wrażenie, że aż za dużo. Ale nie mam co się martwić - przecież jest idea! Prawda?

    Budzik dzwoni. Budzik nawala jak szalony. Ptactwo sobie lata, gdzie tylko ma ochotę. Prawdopodobnie majestatycznie srając w locie na moje świeżo umyte, uczesane i naolejowane włosy. Zużytych paneli pewnie też nie szczędzą. A ja leżę w pozycji embrionalnej pośród tej burzy wszystkiego i postanawiam. Tak.

    Dziś wywalamy jednego ptaka za okno. Dajemy upust jednej, starannie zakonserwowanej emocji, traumie oraz niegdyś zapomnianych wspomnieniach. Nazwij sobie to Czytelniku, jak tylko masz potrzebę. Twoje ptaki - Twoje nazewnictwo. 

    Ja tymczasem próbuję stabilnie stanąć moimi kończynami dolnymi na skrzypiących panelach. K  r  o  c  z  e  k    p  o    k  r  o  c  z  k  u. Dopadam rozwydrzonego gołębia, chwytam go w moje całkowicie zagubione dłonie - bacznie mu się przyglądam. Skanuję dziada od góry do dołu. Ma zielone oczy, pucułowatą, niewinną, dziecięcą twarz, blond kędziorki związane w dwie kiteczki. Wygląda niby znajomo, niby obco. Niby gdzieś już go doświadczyłam, a niby doznaję w tym momencie czegoś zupełnie nowego. Niby go kocham, niby nienawidzę. Niby mam żal, a niby próbuję zrozumieć. Ten daremny, pierzasty lotnik nie miał nawet nigdy porządnej szansy, by samego siebie pokochać od początku do końca. Z dnia na dzień musiał nauczyć się kochać bezgranicznie nową na świecie istotę. Nie wyszło mu to zbyt dobrze. Odleciał szybciej, niż się pojawił. Można powiedzieć, że egoistyczny z niego ptaszor, co?

    Niby mam tak ogromne pretensje, bo ja na jego miejscu postąpiłabym zupełnie inaczej, a niby go - egoistycznego czy nie - akceptuję. Bo jak ogromną hipokrytką bym była, gdybym nie wiedziała, że najciężej jest kochać innych, gdy nie kocha się samego siebie...

    Dlatego uleczam Cię ptaszku. Nawet ucałuję Twoje obolałe skrzydełka na pożegnanie. Przebaczam, że Cię nie było. Zapominam o tym, co złe. I odpuszczam żal. Ale nie robię tego dla Ciebie - pierwszej kolejności robię to dla siebie. Zasłużyłam na odrobinę lekkości na duszy, choć przez chwilę. 

    Dziś co prawda tylko Tobie jednemu otworzę okno, by wypuścić Cię na wolność. Ale nie bój nic. Jeszcze sporo przede mną.


A Ty, Czytelniku? Otwierasz dziś okno?



Gaja.


Popularne posty z tego bloga

rationalised

xxx

włamywacz