o ciężkim sercu, szaleństwie i o ideologicznie kradzionych begoniach

    Lubię tego gołąbka bardzo. Bardziej niż powinnam, bardziej niż jest to bezpieczne i w granicach zdrowego rozsądku. Bardziej niż bym szczerze chciała, bardziej niż każdego innego gołąbka w moim sercu. Ironicznie, hipokrytycznie, groteskowo i absolutnie prześmiewczo jest mi to pisać, siedząc w środku nocy z ciężkim sercem. Z bólem chyba już nie tylko fizycznym, płacząc, cierpiąc i czując się naiwnie. Czując się źle i dziecinnie, że kiedykolwiek postawiłam go tak wysoko. Ale najgorsze jest w tym wszystkim to, że on mnie też lubił przez pewien maleńki fragment czasu. Nie mi się wypowiadać o aktualności tego twierdzenia, ale opinia o przeszłości należy tylko do mnie. I nie boję się powiedzieć, że jego błysku w oczach na mój widok nie można było tak po prostu udawać - stąd ta pewność w mojej duszy. Że lubił mnie. Bardzo. 


Oddychaj, Kochanie, oddychaj. Wdech. 1... 2... 3... 4... 5... I wydech. 1... 2... 3... 4... 5... 


    Mimo iż istnieliśmy równolegle do siebie większość naszych dotychczasowych egzystencji. Jakoś śmiem wątpić, że kiedyś szczerze o sobie wiedzieliśmy. To jak mijać latami obcą osobę na ulicy, całkowicie nie wiedząc, że może kiedyś się w niej zakochasz. Szaleństwo, co? Los lubi być szalony, lubi być dokuczliwy i lubi robić nadzieję. W imię wyższego celu, w imię nauki bycia lepszym. Pięknie to brzmi, prawda? I najgorsze w tym wszystkim jest to, że szczerze w to wierzę. Że szczerze wierzę, że nawet w takich małych, pięknych ptasich pomyłkach jest jakiś głęboki, nikomu nieznany cel. Bo jak inaczej wytłumaczysz, Czytelniku, fakt pojawienia się takiego malutkiego, brązowookiego delikwenta? Całkowicie bez ostrzeżenia po prostu wywalił jakieś moje wewnętrzne drzwi z zawiasów swoim skrzydłem. I nawet nie było mu z tym źle... Założę się, że codziennie spał spokojnie, jak taki kochany, pierzasty aniołek, nie wiedząc, jak wielki zamęt we mnie stworzył. I wiesz co? Dobrze dla niego. Nie chcę, żeby wiedział. Nie zależy mi, by tworzyć w kimś emocjonalny bałagan w imię wiedzy, w imię uświadamiania, co mnie spotkało. W zamian za te wszystkie uśmiechy, długie spojrzenia, parujące stawy, niedocenione kanapki i pocałunki jak nie z tego świata, pozwolimy naszemu ptaszkowi spać. Należy się mu. 


    Dobra, Liryczna, ale w takim razie co poszło nie tak? Co się wydarzyło, dlaczego przeplatasz tutaj tyle czasu przeszłego? Dlaczego wciąż piszesz o Nim tak pięknie?


    Dobre pytanie, Czytelniku, ale odpowiedź... Aj, aj, gdy będę w stanie sama ją objąć sercem, to chyba zrobię sobie przerwę od świata na miesiąc co najmniej. Bo jest to tak dla mnie skomplikowane i nielogiczne. Jest to dla mnie ogromnie zgubne, bo muszę dryfować między sercem, a umysłem. Od kiedy szczerze pokochałam swoje serce, od kiedy je doceniłam i zaczęłam w stu procentach nim żyć i się kierować - pokochałam też ciszę umysłu. Pokochałam sporadyczne niemyślenie, zagłębienie się w ten głuchy, medytacyjny stan. Pokochałam i doceniłam po prostu nie być moim umysłem i myślami. Żyć tu i teraz, czuć cokolwiek tylko mam ochotę czuć i robić to, co mi serce podpowiada. Bez przeprosin, bez tłumaczeń i bezprecedensowo. 


Może właśnie tu jest pies pogrzebany... Ja za dużo czułam, on za dużo myślał...


    Ale z drugiej też strony szczerze czuję, że to nie kwestia kto co zrobił, kto czego nie zrobił, kto co powiedział lub nie, kto robił czegoś za dużo, lub za mało. Moje niestrudzone serce mi podpowiada, że tak po prostu musiało być, wiesz? Nie ten czas, nie ten człowiek, nie te okoliczności, nie te etapy rozwoju, nie te cele i pragnienia. Po prostu jakby wszystko nie to, nie na swoim miejscu i w fatalnie nieodpowiednim czasie. On ważył słowa, ja ważyłam siebie. On czuł pustkę w życiu, ja czułam kompletną radość i niekończący się przepływ wszystkiego - złego i dobrego. On rozmyślał nad każdym słowem i czynem, ja lewitowałam kilka metrów nad ziemią, pochłonięta pomysłami. Ja chciałam więcej i więcej życia, sztuki, ruchu i jego, a on jakby... chciał tego wszystkiego, tylko dużo mniej. Jednak też nie znam go aż tak dobrze, nie dopuścił mnie do siebie na tyle, bym mogła się wypowiadać. To na zawsze pozostanie w mojej sferze domysłów i mojej wersji wydarzeń. Stety, niestety chyba mi to wystarczy, chyba tak będzie dla mnie lepiej - jeśli nigdy się nie dowiem prawdy. Jego prawda była dla mnie i tak zbyt logiczna. Niemożliwa do objęcia moim dziecięcym wnętrzem. 


1... 2... 3... 4... 5...


    Gołąbku... Jeśli kiedyś to przeczytasz, to pamiętaj, że nie jesteś zły, dobrze? Nie jesteś niewystarczający, nie jesteś jakiś nietaki. Jesteś po prostu sobą. I jeśli moja miłość przez ten malutki okruszek czasu kiedykolwiek coś znaczyła, to uwierz mi na słowo. Było to więcej niż wystarczające. Mimo iż latałeś gdzieś w dwutysięcznym wymiarze, ja wciąż potrafiłam Cię dogonić i złapać za rękę, a wiesz dlaczego? Bo bardzo tego chciałam, bo mi bardzo zależało, bo widziałam w Tobie coś naprawdę pięknego. I czułam niesamowity zaszczyt, że dokonałam tego jako jedna z nielicznych, których próbowałeś dopuścić do siebie. Czasem rzeczy nie wychodzą, czasami wychodzą, czasem wychodzą, ale okazują się być zupełnie niezgodne z naszymi potrzebami. Nie ma w tym nic złego. Można cieszyć się czymś i dać temu odejść. Dlatego, Malutki, puszczam Cię dziś wolno. Zbyt mocno cenię wolność,  by trzymać Cię dłużej na siłę. By dawać coś, czego nie chcesz otrzymać i, by próbować wziąć od Ciebie coś, czego nie potrafisz mi dać. 


    Otworzę Ci okno, ucałuję Cię w dziubek i czółko, ale powiem, że nie miałam w planach niczego poza czółkiem. Ugłaszczę Ci piórka, bo od tej ciągłej walki trochę Ci się rozczochrały. Ugniotę maleńki liścik pożegnalny w papierową kostkę i starannie ją przwiążę do Twojej nóżki żółtą wstążką. Jak zwykle poproszę, żebyś był ostrożny i bezpieczny. Żebyś napisał, gdy wrócisz do domu i żebyś o mnie śnił. Gdy już wylecisz, zamknę za Tobą okno i odprowadzę Cię dumnie wzrokiem, dokądkolwiek tylko postanowisz polecieć. Położę na parapecie doniczkę z czerwonymi begoniami, byś zawsze mógł ideologicznie sobie ukraść kwiatuszka. Otrę łzy i wrócę do życia swoim życiem, dokładnie tak, jak żyłam, gdy Ciebie w nim nie było. 


A gdy Ty już dotrzesz na miejsce... Otworzysz moją wiadomość, która powie:


"Zbyt mocno kocham siebie, Ptaszku, by pozwolić Ci tylko mnie tolerować, podczas, gdy ja tak wiele do Ciebie czuję. PS. Przeczytaj Małego Księcia :)".


    A Ty Czytelniku nie załamuj się. Nic nie jest nietymczasowe, nawet, gdy bardzo chcemy, żeby było. I wiesz co? To jest w życiu najpiekniejsze. Szalone, masakrycznie bolesne, ale piękne. Kolejna przygoda czeka na nas, tylko jeszcze o tym nie wiemy. Wystarczy dać czemuś odejść i chwilę po prostu poczekać. No i po drodze pamiętać, że jesteśmy piękni, tacy, jacy jesteśmy. A jeśli ktoś nie potrafi zobaczyć nas w całej naszej świetlistej okazałości, nie oznacza, że jest okropny, najgorszy i głupi. Oznacza, że jest po prostu trochę niedowidzący. Ale to nie znaczy, że musimy każdemu kupować z tej okazji okulary. Ktoś kiedyś zobaczy nasze piękno tak, jak chcemy być widziani. I nie będziemy musieli wydawać pieniędzy na okulary!



Gaja.



Popularne posty z tego bloga

rationalised

xxx

włamywacz