o szkodach poniesionych przez twarde ściany mojego serca - fragment 1
Chciałabym udać, że nie muszę w ogóle pisać tego posta. Chciałabym uciec od świadomości tego konkretnego gołębia jak najdalej potrafię. Kurwa gdybym tylko mogła tak po prostu... nie musieć tego pisać, przeżywać, trawić. Gdybym tylko mogła wyrwać ten jeden kawałek mojego życia, serca, jestestwa, pamięci, duszy, osobowości i schować go gdzieś do pudełeczka. Pudełeczko owinąć śliczną wstążką z należytym szacunkiem i jebnąć je na dno szafy. Żeby nie musieć się go pozbywać na stałe - bo mimo wszystko to wciąż część mnie - ale tylko się od niego zdrowo oddalić. Abym mogła sprawdzić, dowiedzieć się kim byłabym bez tego malutkiego kawałeczka mnie w kształcie ptaszka, którego należało wypuścić na wolność lata temu...
Ale może, Drogi Czytelniku, pozwolisz, że mimo wszystko zabiorę Cię czule za dłoń na początek historii tego niewdzięcznego ptaszora? Będzie nam, mi i Tobie, dzięki temu zdecydowanie łatwiej pojąć jego osobliwość. Bo póki co mnie samej jest ciężko, a przeżyłam z nim każdą sekundę, jaką było mi dane. Taki z niego gagatek.
Wrześniowy poranek - lata, naprawdę długie lata temu. Byłam zanurzona w swoich niechlujnych myślach, dzień jak co dzień - tradycyjna ja - zawsze cichutko ukryta w swojej głowie. Nie zauważyłam nawet, gdy ta opierzona istota czekała pod oknem mojego serca i nieśmiało pukała. Tak cichutko i delikatnie, że prawie mnie ominęła jej obecność, bo po ludzku nie słyszałam. Żyłam w utopijnej nieświadomości i przygłuchym przekonaniu, że to może sąsiad wbija gwóźdź w ścianę swojego serca. Ewentualnie walczy z jakimś upartym gołąbkiem.
Na szczęście tamten wrzesień był bardzo ciepły, więc nie masz co się martwić Czytelniku - ptaszor gagatek nie zmarzł, czekając. Zdawało się jakby cała aura byla jego sprzymierzeńcem. Jakby ten nieszczęsny wrzesień przewidział, że będzie musiał chwilę czekać na zewnątrz. Jakby wszystko z nim współpracowało i tylko wyczekiwało aż mu się uda.
No i udało mu się. Pozwolę sobie tu szybko zamienić długą historię w odrobinę krótszą - udało mu się. Otworzyłam mu to paskudne okno, żeby paskudnie sobie wleciał do tej paskudnej klitki, żeby paskudnie wprowadził w niej swoje rządy, żeby czuł się jak w domu. Paskudnym. Żeby odważnie - jak to on - się rozgościł i czuł szczerze jak u siebie. Bo ja jak to ja - niewinnie poczułam, jakby mieszkał ze mną od zawsze, jakby był przeznaczony temu konkretnemu sercu. Mojemu sercu.
Pozwól Czytelniku, że wstawię tę historię w malutkich kawałkach. Już ten wystarczająco długo siedzi w schowku. Pozwólmy mu ujrzeć światło dziennie i odetchnąc głęboko chłodnym, nocnym powietrzem. Niech się cieszy życiem, a my wspólnie cieszmy się nim.
Wrócę do Ciebie najszybciej, jak potrafię.
Twoja Gaja.