szósta godzina
wszędzie tylko szarość
skryta pod kopułą ciężkich chmur
odbijających w kałużach swą obecność
nic dobrego nie przydarzy się już tu
nawet deszcz czuje do nas litość
mokra ulica przechwytuje światła miasta
przez brudne okna wypatruję ludzi
wyrwać bym chciała z siebie tego chwasta
który znów brutalnie się budzi -
suicydalna idealizacja wzrasta
toksyczne pnącze samozagłady
wrzyna się w moje synapsy bez zgody
mózg wciąż próbuje niezłomnie utrzymać fasady
potykam się o monstrualne życia kłody
zbuduję z nich tratwę, na środku czarnego morza oglądając Plejady
Gaja.